Wykładowcy
Jest wiele zawodów, które na pewno wymagają wzmianki. I bynajmniej nie chodzi o chwalenie i wywyższanie, ale o sowa ostrej krytyki. Negatywnym przykładem takiego zawodu są wykładowcy wyższych uczelni. Według nich, tytuł doktora czy profesora upoważnia do poniżania studentów. Wielu uczniów chce posiąść wiedzę, ale wykładowy to skutecznie uniemożliwiają, wielu wręcz zniechęcają do uczenia się. Chamstwo wykładowców nie zna granic. Najgorsze, że w tym wszystkim studenci są osamotnieni. Nawet gdyby chcieli się komuś poskarżyć, to nie bardzo jest komu. Dziekan czy rektor to zazwyczaj kumpel wykładowcy, a "kasta wykształciuchów" trzyma się razem... poza tym, kim jest student? To młody człowiek, który nie ma w dorobku żadnej pracy naukowej. Jeśli ktoś się poskarży na "olewawczą" postawę wykładowcy, to niczego nie osiągnie, zmian nie będzie, a w dodatku obleje egzaminy, bo przecież normalne, że wykładowca za skargę się zemści i odpłaci poprawkami, lub niezaliczonym przedmiotem.
Wyższe uczelnie to już nie szkoły, to po prostu sposób na życie i biznes dla "kasty wykształciuchów". Uczelnie zbijają potężną kasę. Począwszy od wszelakich opłat rekrutacyjnych, po subwencje oświatowe. Prawdziwa żyła złota są też oblane egzaminy. Wtedy bowiem zaczyna się finansowa rzeźnia na studentach. Za każdy egzamin komisyjny trzeba zapłacić. Kosztuje też powtarzanie przedmiotu i powtarzanie roku. Nie dziwne więc, że egzaminy często są nieuczciwe i przypominają polowanie na czarownice. Oczywiście generalizować nie można. Jest przecież całkiem sporo normalnych wykładowców, którzy niejako z litości dają promocję studentom na drugi rok. Są tacy, którzy uczciwie oceniają wiedzę egzaminowanych i wpisują do indeksu taką ocenę, na jaką student zasłużył. Są jednak tacy, niestety jest ich niemało, którzy celowo "usadzają" studentów, by przyczynić się obfitości w kasach uczelni. I nie wierzmy w pogłoski, że wyższe szkolnictwo jest biedne.
Wiele uczelni szczyci się "obfitą" grupa wykształconych wykładowców. Tu już chodzi nie tylko o samo chwalenie, ale o obowiązek. Jeśli bowiem nie ma stosownego grona pedagogicznego, to uczelnia nie może prowadzić studiów magisterskich i podyplomowych. Bywa tez tak, że niektóre kierunki muszą być likwidowane właśnie w powodu braku profesorów. Dlatego na polskich uczelniach jest coraz więcej wykładowców "widm". Wykładowcy "widma" są na liście kadry pedagogicznej, często są też na liście płac, ale w rzeczywistości na uczelni się nie pojawiają. Żadna akademia jednak takich profesorów nie zwalnia, bo... nie może. Jeśli bowiem prace mieliby stracić wszyscy ci wykładowcy, którzy sobie z pracy na uczelni robią najzwyklejsze "jaja", to szybko nie byłoby komu uczyć. Poszczególne uniwersytety musiałyby przy tym zamykać poszczególne kierunki z powodu braku kadry. Rektorzy więc wola utrzymywać fikcyjne posady, by w świetle prawa móc starać się o subwencje oświatowe i istnieć na akademickim "rynku".